Z pewnością nie zaczęło się punktualnie. Zawsze organizator mógł uściślić: otwarcie bram godz. 20, zamiast: początek koncertu godz. 20. Załóżmy jednak, że zdarza się. Około 20.40 z głośników popłynęły pierwsze dźwięki samplowanej perkusji, w chwilę po tym na scenie pojawił się Piotr Wróbel, który, akompaniując sobie na gitarze, zaczął wyśpiewywać słowa „Knebelka”. Gdzieś w połowie piosenki dołączyła reszta zespołu, no i się zaczęło. Zaraz potem singlowy „Godowy Majowy” – utwór w bardzo folklorystycznym tonie. Z nowej płyty w czasie występu usłyszeliśmy również „Ale człowiek song”, „Nie fikam”, „ZOO ZOO ZOO” czy bardzo fajnie rozwijającą się „Jesienną” – od mocno nostalgicznego początku do zdecydowanie żywszego, dynamicznego refrenu.
[fotor]
Niezbyt liczna tego wieczoru publiczność z każdym kawałkiem coraz aktywniej angażowała się w zabawę pod sceną. Wzmożona aktywność zaczęła się wraz z utworem „Wolny” i nie opadała już do końca występu.
Poza utworami z nowej płyty usłyszeliśmy również sporo starszego materiału. Z głośników popłynęły takie utwory, jak „Język ciała”, „Zgaś moje oczy...”, „Droga długa jest”, czy jeden z najbardziej znanych kawałków – „Hahahczyk” ze śpiewanymi wraz z całą salą słowami „dyskoteka gra”.
Akurat jest bardzo koncertowym zespołem. W czasie ich grania scena emanuje pozytywną energią, dynamiką i zabawą. Świetnie sprawdzają się śpiewane na cztery głosy refreny, dodając utworom więcej mocy i życia w stosunku do nagrań studyjnych. Swoją rolę odgrywa również saksofon, za pomocą którego klimat buduję Przemek Zwias. Mimo niezbyt rozbudowanej konferansjerki między zespołem a publicznością zrodziła się dobra, koncertowa atmosfera.
Po nieco ponad godzinie zeszli ze sceny, aby za chwilę pojawić się ponownie i zagrać w ramach bisu „Fantasmagorie”, „Wiej-ską” oraz utwór czeskiego barda Jaromira Nohavicy „Danse Macabre”. Dosyć nieoczekiwanie zabrakło dwóch charakterystycznych utworów z debiutanckiej „Pomarańczy”, czyli „Espanii” i „Lubię mówić z tobą”. Trochę szkoda, ale z drugiej strony nie można mieć wszystkiego.
Koncert zakończył się niedaleko przed godziną 23. Nie najwyższa frekwencja to ostatnio zwyczajowe zjawisko na elbląskich koncertach, przynajmniej na tych, za które trzeba zapłacić trochę więcej niż równowartość dwóch piw. No a malkontentów narzekających na to, że cały czas nic się nie dzieje, nie brakuje. Ale zawsze można ponarzekać na to, że nikt o koncertach nie informuje, prawda? No i ważna rzecz na koniec – jak dobrze mieć w trakcie koncertu czym oddychać. Oprócz jednego osobnika ukrywającego się skrzętnie tuż przede mną, żaden dym nie zatruwał atmosfery koncertu. Wreszcie.
Najnowsze artykuły w tym dziale
Bądź na bieżąco, zamów newsletter