Gdy wszystko jest „zgodne z procedurą", a człowiek zostaje sam
Zwracam się z prośbą o rozważenie publikacji artykułu, który opisuje historię leczenia mojego taty. To nie jest tekst publicystyczny oparty na opiniach czy ogólnych wrażeniach. To szczegółowa relacja rzeczywistego przebiegu leczenia – od pierwszych objawów, przez diagnostykę, aż po ostatnie tygodnie życia. Pokazuje ona bardzo konkretny problem: sytuację, w której działania prowadzone formalnie zgodnie z procedurami nie przekładają się na realną, całościową opiekę nad pacjentem.
Zależy mi na publikacji tego tekstu, ponieważ:
- opisuje on doświadczenie, które wydarzyło się w lokalnym systemie ochrony zdrowia, z którym identyfikują się mieszkańcy regionu,
- porusza kwestie istotne społecznie: dostępności diagnostyki, komunikacji z pacjentem, realnej opieki nad osobą przewlekle chorą,
- Może skłonić do refleksji – zarówno wśród pacjentów, jak i środowiska medycznego.
To historia osobista, ale jednocześnie – niestety – bardzo uniwersalna. Wiele rodzin przechodzi podobne doświadczenia, jednak rzadko są one opisywane w sposób tak bezpośredni i konkretny.
Nie zależy mi na wskazywaniu winnych, lecz na pokazaniu mechanizmów, które doprowadzają do sytuacji, w której pacjent zostaje sam pomiędzy kolejnymi decyzjami i procedurami. Uważam, że publikacja na portalu lokalnym, takim jak portEl ma szczególne znaczenie – ponieważ dotyczy miejsca i systemu, z którego korzystają mieszkańcy Elbląga i okolic.
To nie jest tekst o systemie ochrony zdrowia. To jest tekst o moim Tacie.
To nie on zignorował chorobę
Mój Tata przez prawie dwa lata chodził od lekarza do lekarza.
Mówił, że coś jest nie tak
Ale zamiast diagnozy były powody, żeby jej nie zrobić:
To wystarczyło, żeby:
Mijały miesiące.
Głos znikał.
A on nadal szukał pomocy.
Kiedy w końcu ktoś go usłyszał
Było już późno.
Rak krtani.
I nagle badania, których wcześniej „nie można było zrobić", przestały być problemem.
Najpierw była walka
Stracił głos.
Ale żył.
Pół roku później
TK:
Radiolog:
podejrzenie przerzutu
Lekarz:
„ten nowotwór nie daje przerzutów do wątroby"
„Jest Pan zdrowy"
Jeszcze w czerwcu.
Lipiec
Już dwie zmiany.
Dwóch radiologów:
„meta"
Biopsja
I to wystarczyło.
A mój Tata gasł
Siedział w fotelu, bo nie mógł leżeć.
System nie widział człowieka
Mój Tata nie mówił.
A mimo to:
Prawda była inna
On nie był w stanie.
To rodzina wszystko organizowała.
Jego siostra:
Żeby zdobyć filtry do rurki tracheostomijnej:
Refundacja?
dwa filtry na pół roku
Dla człowieka, który oddycha przez rurkę.
Resztę trzeba było załatwić samemu.
Ja:
Bo ktoś musiał.
Szpital
Pseudomonas
Reakcja:
A on:
Do końca badania
Dwa tygodnie przed śmiercią:
Człowiek, który nie ma siły wstać.
Załamanie
Hospicjum
Dwa tygodnie.
Żółtaczka
Ciało przestaje walczyć.
I zostaje pytanie
Nie: czy można było go uratować
Ale: dlaczego przez cały ten czas był tak bardzo sam
Bo to nie była tylko choroba
To było doświadczenie:
Mój Tata nie był przypadkiem
Był człowiekiem.
A wszystko, co dostał na końcu, to:
„zgodne z procedurą"
Tylko że procedura nie oddycha za człowieka
nie usuwa wydzieliny
nie organizuje życia
To robią ludzie
I w tej historii to była rodzina.
Nie system.
I dlatego trzeba o tym mówić
Bo za każdym takim przypadkiem jest ktoś:
kto walczy
kto się boi
kto cierpi
I kto zasługuje na coś więcej niż
system, który działa — ale nie widzi
Halina Król