Letnie praktyki w PKS-ach, czyli o tym jak Autosan H9 szykował się na wojnę (I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego, odc. 4)

6
Godzinę
temu
Letnie praktyki w PKS-ach, czyli o tym jak Autosan H9 szykował się na wojnę (I ja byłem uczniem Technikum Mechanicznego, odc. 4)
Zdjęcie wygenerowane przez AI
Po praktykach w EZNS-ach wydawało mi się, że o Autosanie H9 wiem już wszystko. Rozbierałem go na części, wyciągałem z niego silnik, wypychałem szyby metodą „na Tarzana”, składałem wiązki kablowe i regenerowałem wtryskiwacze. Po III klasie elbląskiego Technikum Mechanicznego (TM) tę wiedzę mieliśmy wzbogacić umiejętnościami serwisowymi. Zostaliśmy więc skierowani do warsztatów PKS, gdzie wymienialiśmy przebite dętki, zużyte tarcze sprzęgła i klocki hamulcowe oraz regulowaliśmy reflektory. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego i ten esej zapewne nigdy by nie powstał, gdyby nie jeden epizod, w którym Autosan pokazał nam swoje zupełnie nieznane oblicze. Dzień ten pozostanie mi już na zawsze w pamięci... - pisze Daniel Lewandowski w kolejnym odcinku wspomnień z nauki w Technikum Mechanicznym. Szkoła w październiku będzie świętowała jubileusz 80-lecia.

To był zwykły letni poranek. Na placu manewrowym warsztatów PKS na rogu al. Grunwaldzkiej i ul. Mickiewicza jak zwykle stało kilka Autosanów H9 czekających na naprawę. Jeden wrócił z trasy z uszkodzonym sprzęgłem. Drugi czekał na przegląd okresowy. W trzecim trzeba było wymienić żarówki w światłach stop. Nic nadzwyczajnego.

Aż nagle kierownik bazy ogłosił: – Dzisiaj ćwiczenia Obrony Cywilnej!

 

Jak zostałem rannym

Pomyślałem: „Świetnie. Pewnie będziemy obserwatorami.”

Jakże się myliłem. Po kilku minutach jako praktykanci zostaliśmy... rannymi. Tak po prostu. Jednemu zabandażowano głowę. Drugiemu rękę. Komuś nogę. Na opatrunki wylano sok z buraków, który z zadziwiającą skutecznością udawał krew. Patrzyliśmy na siebie i trudno było zachować powagę. Wyglądaliśmy jak statyści z jakiegoś filmu wojennego.

W tym samym czasie na placu manewrowym pojawiły się trzy w pełni wyekwipowane drużyny Obrony Cywilnej, które rozpoczęły czynności, których nigdy wcześniej nie widziałem. Później zresztą też…

 

 

Autosan H9 zostaje US-71

Trzy wyznaczone Autosany H9 zaczęły przechodzić błyskawiczną metamorfozę. Najpierw podniesiono w każdym z nich przednią maskę. Potem wymontowano znajdującą się tam szafkę, w której niewykluczone, że kierowca (śladem Leszka Góreckiego z serialu „Daleko od szosy”) woził „piersióweczkę ze słodką wódką oraz czysty kocyk”...

Patrzyłem na to z rosnącym zaciekawieniem. Dopiero po chwili zrozumiałem, że ta szafka nie znalazła się tam przypadkiem. Po jej wyjęciu powstawał specjalny tunel. To właśnie nim mieliśmy być za niedługo wsunięciu jako ranni na noszach, do wnętrza autobusu. Chodziło o to, żeby przy transporcie rannych nie przeciskać się z noszami przez drzwi i by nie wspinać się po schodkach. Przez dwa lata nauki nikt nam nie powiedział, że za tą niepozorną klapą kryje się wojskowa tajemnica!

 

W środku autobusu również działy się cuda. Mechanicy błyskawicznie demontowali siedzenia. Na ich miejscu pojawiały się specjalne słupki i wsporniki. Do nich przykręcano mocowania do noszy. Jedno piętro. Drugie piętro. Po jednej stronie. Po drugiej stronie. Podczas naszych ćwiczeń montowano dwanaście noszy. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że wojskowy system sanitarny US-71 przewidywał nawet większą liczbę miejsc dla rannych, zależnie od konfiguracji wyposażenia autobusu.

Równolegle jeszcze inna grupa przygotowywała od zewnątrz każdy z wyznaczonych do roli ambulansu autobusów. Okna zamalowywano białą farbą kredową. Na dachu, na obu bokach oraz z przodu i z tyłu, rozpinano płachty z wielkimi czerwonymi krzyżami. Pojazdy miał być rozpoznawalne zarówno z ziemi, jak i z powietrza. Wszystko odbywało się w zawrotnym tempie. Komisja z nieubłaganymi stoperami mierzyła czas każdej czynności: demontaż siedzeń, montaż wsporników, oznakowanie autobusu, załadunek rannych.

 

Wyścig z czasem

Trzy drużyny rywalizowały ze sobą o najlepszy czas. Każda z nich miała trzy próby. Za każdym razem realizowała zadanie szybciej. Jak zespoły Formuły 1. Tyle że zamiast wymieniać opony, one przygotowywały autobus do wojny.

Wreszcie padła komenda. – Ranni na nosze!

Zaraz potem noszowi ruszyli biegiem do noszy, by po chwili z tymi noszami skierować się (również biegiem) w kierunku otwartej przedniej klapy autobusu.

 

Leżąc na noszach, starałem się wyglądać na ciężko poszkodowanego. Z różnym powodzeniem. Najdziwniejszym momentem było jednak wsuwanie mnie przez otwór pod uniesioną przednią maską. Do dziś pamiętam to uczucie. Całe życie przecież człowiek wsiada do autobusu drzwiami. A tu nagle... Autosan postanowił połknąć mnie od przodu. Potem nosze wędrowały między rzędami słupków na swoje miejsce. Przy którymś manewrze musiałem podeprzeć się nogą, bo o mało nie wypadłem z noszy oraz podciągając się za jakąś rurkę, by ułatwić sanitariuszom zainstalowanie noszy na stelażu i zmieścić się w wyznaczonym czasie. Leżąc pod sufitem autobusu, patrzyłem na świat do góry nogami i zastanawiałem się, czy kierowca przypadkiem nie zacznie zaraz sprawdzać i kasować bilety…

 

Zamiast puenty

Po 40 latach już nie pamiętam, kto został zwycięzcą w tych zawodach ani z jakim czasem. Po zakończeniu ćwiczeń wszystko wróciło do normy. Stelaże z noszami zniknęły. Siedzenia wróciły na swoje miejsca. Z autobusu zdjęto czerwone krzyże, a białą farbę zmyto strumieniem wody. Szafka znów trafiła pod przednią maskę. Jej zawartość pewnie też. Autosan H9 znowu stał się zwykłym autobusem PKS. Zupełnie tak, jakby przed chwilą nie był gotowym do drogi ambulansem wojskowym US-71...

 

Dopiero po latach zrozumiałem, jak niezwykle przemyślana była konstrukcja tego pojazdu. To nie był tylko autobus. To był pojazd zaprojektowany z myślą o dwóch światach. W czasie pokoju woził ludzi do pracy, dzieci do szkoły, robotników do fabryki, letników nad morze, pielgrzymów do Częstochowy. A gdyby nadeszła wojna... miał ratować rannych.

Patrząc na nowoczesne autobusy, które mają klimatyzację, Wi-Fi, porty USB, kamerę cofania oraz systemy wspomagania kierowcy., zastanawiam się... czy którykolwiek z nich potrafiłby w ciągu kilkunastu minut zamienić się w szpital polowy? Dzisiaj powiedzielibyśmy, że Autosan H9 był pojazdem podwójnego zastosowania lub z angielska „dual use”. Wtedy po prostu tak projektowano sprzęt. Po cichu, bez reklam, bez konferencji prasowych.

 

Autosana H9 spotykało się wtedy wszędzie. Przez lata woził cierpliwie miliony ludzi po wyboistych i krętych polskich drogach. Mało który pojazd komunikacji publicznej zasłużył sobie na tyle wspomnień. Nie wykluczone, że był to chyba najbardziej wszechstronny autobus w historii Polski. Śmiało mógłby powiedzieć o sobie: „Na co dzień byłem autobusem. Gdyby zaszła potrzeba - zostałbym szpitalem.” A to za sprawą przemyślnie wkomponowanego otworu kryjącego się za niewinną przednią klapą…

cdn. Daniel Lewandowski

 

W opracowaniu użyłem grafik wygenerowanych przez sztuczną inteligencję, ponieważ w mojej kolekcji nie mam żadnych zdjęć z tamtych czasów i nie udało mi się dotrzeć do żadnych innych materiałów ilustracyjnych. Grafiki powstały na bazie zachowanych w mojej pamięci obrazów i są moją subiektywną wizją. Za ewentualne nieścisłości przepraszam.

Wszystkich zainteresowanych powojennym przemysłem Elbląga, a szczególnie osoby posiadające dane źródłowe zachęcam do kontaktu pod adresem daniel.lewandowski1967@gmail.com. Poniżej link do moich wcześniejszych publikacji o podobnej tematyce.

 

.

Najnowsze artykuły w tym dziale Bądź na bieżąco, zamów newsletter

A moim zdaniem...

Na poprawienie humoru przed weekendem
(2026.08.07)

info

4  
  0
Żarty żartami, ale takie ćwiczenia przydałyby się też w obecnej sytuacji
(2026.08.07)

info

5  
  0
Pozdrawiam wszystkich cwaniaczków z PKSu.
WSK. (2026.08.07)

info

1  
  0
Jako absolwent TM mogę tylko pochwalić pomysł i lekkie pióro autora. Pozdrawiam serdecznie.
Elektroenergetyk (2026.08.07)

info

0  
  0
Coś wspaniałego. Szacun dla autora.
abc1 (2026.08.07)

info

0  
  0
Świetna garść wspomnień! Jak zawsze... Coś mi się wydaje, że jednego z tych "rannych" W. Pachnika, znałem onegdaj osobiście. Sąsiadem moim z osiedla był. Fajny chłop! Ciekawe co tam dziś u niego! Pozdrowienia i dla niego(może to będzie czytał) i dla autora D. Lewandowskiego. Powodzenia 🤝🏻
(2026.08.07)

info

0  
  0



Reklama X