Zdobyła wicemistrzostwo Polski w tradycyjnym powożeniu
Rafał Gruchalski: - To były drugie mistrzostwa Polski, drugi raz Pani w nich startowała?
Katarzyna Nazarewicz: - Trzeci.
- Jak to możliwe?
- To była dwunasta edycja Międzynarodowego Konkursu Tradycyjnego Powożenia. Od zeszłego roku jego częścią są również mistrzostwa Polski. Byłam tam po raz trzeci, drugi raz na mistrzostwach Polski. W tym roku zdobyłam drugie miejsce.
- Jak duże jest w Polsce środowisko osób, które zajmują się tradycyjnym powożeniem?
- Niestety, tradycyjne powożenie w Polsce jest niszową dyscypliną, a szkoda, bo to bardzo piękny sport. W tym roku w zawodach wystartowało 17 zaprzęgów z całej Europy i nie tylko, co i tak jest sporą stawką. W Polsce w ciągu roku odbywają się trzy konkursy: w Niepołomicach, Koszęcinie i właśnie w Książu, który to jest creme de la creme tej rywalizacji.
- Na czym ona polega? Jakby Pani to wytłumaczyła osobie, która takiej rywalizacji dorożek nigdy nie widziała?
- Bryczki, nie dorożki.
- Jaka jest w takim razie różnica między bryczką a dorożką?
- Dorożki są na Starym Rynku w Krakowie, to jest taki zaprzęg usługowy. A bryczka to jest zaprzęg, który może służyć do różnych celów, bryczki mogą być przeróżne.
- Skąd w takim razie zaangażowanie w tę dyscyplinę?
- To jest dla nas taki powrót do przeszłości. Historyczne zaprzęgi, uprzęże, wszystko stylizowane na daną epokę, wszystko musi ze sobą współgrać. Zaangażowałam się w tę dyscyplinę, bo jest ona tak piękna, że nie można się temu oprzeć. Od zawsze interesowała mnie historia, stroje z epoki i piękne zaprzęgi. Od lat hodujemy konie, uprawiamy jazdę konną, rekreację.
Nigdy nie myślałam, że będę powoziła zaprzęgiem. Byłam skoczkiem, startowałam w zawodach, dwukrotnie zdobyłam mistrzostwo Polski w skokach dla amatorów. Później przekazałam pałeczkę młodszym i pomyślałam, że zaprzęgi to kolejne marzenie do spełnienia.
- Jak wygląda taki konkurs?
- Konkurs składa się z trzech etapów. Pierwszym jest prezentacja przed sędziami pochodzącymi z różnych krajów. Oceniają pielęgnację koni, przygotowanie uprzęży, sprzączek, wszystko musi współgrać i pasować. Najlepiej oczywiście, by bryczka była pięknie odrestaurowana. Nasza pochodzi z 1910 roku i nie poddawaliśmy jej gruntownej renowacji, przygotowywaliśmy ją sami. Musi być wypolerowana, wyczyszczona i odpowiadać swoim czasom. Nasze stroje również muszą być dopasowane do bryczki i epoki, z której pochodzi.
W zaprzęgach można startować z jednym koniem, dwoma, trzema, czterema. Konfigurację są różne. Konie, którymi powożę, to 14-letni Marco i 11-letni Mister. Są doświadczone, ale bardzo charakterne, trzeba zawsze zachować czujność. To rasa lipicańska, jedna z najstarszych hodowlanych ras, która była hodowana do zaprzęgów do karet. Takich koni mamy u siebie w Piastowie 16.
Drugim etapem jest próba terenowa po wyznaczonej trasie o długości 12-15 km. Na niej powożąc bryczką i nie zsiadając z niej, mamy do wykonania różne zadania sprawnościowe. Jednym z popularniejszych jest tzw. kieliszek szampana. W odległości kilkudziesięciu metrów mamy dwa słupki, na nich stoi kieliszek z szampanem. Naszym zadaniem jest podjechać precyzyjnie pod słupek, zabrać kieliszek i przewieźć go na drugi słupek. Robimy to wszystko jedną ręką, w drugiej trzymając cały czas lejce i bat. To bardzo trudne zadanie, wymaga precyzji.
Trzecim etapem jest zręczność powożenia. Na parkourze są rozstawione bramki, tak zwane kegle. Mają różne rozstawienia w zależności od szerokości bryczki. Bramek jest 20, przy każdej są piłeczki na pachołkach. Jeśli je strącimy, otrzymujemy punkty karne. W rywalizacji chodzi o to, by jak najszybciej pokonać parkour i nie strącić piłeczek. Suma tych wszystkich etapów wyłania zwycięzców.
- Jakie były Pani wrażenia podczas przebiegu konkursu?
- Było ciężko. Wystartowało bardzo dużo pięknych zaprzęgów, ślicznych bryczek. Po pierwszym dniu miny nam zrzedły i myślałam, że po prezentacji naszej bryczki nie damy odrobić strat, ale zręczność powożenia pokazała, że jednak się da.

Fot. Anna Dembińska
- Jak przygotowywała się Pani do tych zawodów? Rozumiem, że w zespole jest was więcej...
- To jest praca zespołowa, nikt sam nie jest w stanie się do takich zawodów przygotować. Jest nas czwórka plus grono przyjaciół, którzy nam pomagają i kibicują. W Książu byliśmy w jedenaście osób.
- Rozumiem, że Pani jest szefową?
- Można tak powiedzieć (śmiech).
- Jakie są Pani najbliższe plany związane z powożeniem, działalnością jeździecką?
- Nasze gospodarstwo w Piastowie prowadzę wraz z partnerem od 1999 roku. Mamy obecnie 36 koni. Chciałabym rozpropagować powożenie bryczkami w naszym regionie, bo bardzo mało się tu w tej kwestii dzieje. Oferujemy przejazdy bryczką po naszej pięknej Wysoczyźnie dla znajomych, rodzin, do ślubu, rozwodu, na piknik, na panieńskie, na co kto sobie tylko wymyśli.
Marzą mi się podróże po naszym regionie, który jest bardzo piękny i kryje wiele historycznych miejsc, tradycyjną bryczką w takim historycznym anturażu. Być może w przyszłym roku taki nasz projekt ujrzy światło dzienne . To będzie oferta skierowana do osób, które lubią przebywać na łonie natury i jednocześnie chcą przenieść się trochę w czasie...