Jak nigdzie, tak u nas nadbrzeża nie posiadają żadnego zabezpieczenia na wypadek wpadnięciem do wody. Nadbrzeża kanału mają długość kilku kilometrów. Przy nadbrzeżach wypoczywa lub spaceruje wiele osób, tak latem, jak i zimą. Teraz, gdy trwają prace przy budowie mostów, jest wielu ciekawskich.
Podobno, dzięki powstaniu klastra turystycznego, turyści licznie nawiedzą Elbląg i na pewno spacerować będą po rozgrzebanym Bulwarze Augusta... Jeżeli ktoś wpadnie do wody, to ma małe szanse na uratowanie. Minęły albowiem bezpowrotnie czasy, gdy po nadbrzeżu spacerowali żołnierze Ludowego Wojska Polskiego, czy elewi lokalnej „akademii wojskowej” im. Rodziny Nalazków, którzy ochoczo wskakiwali do wody w celu uzyskania odznaczenia za odwagę i kilku dni urlopu. Bywały nawet przypadki, że z braku tonących, wrzucali do kanału swoje dziewczyny, też w tym samym celu...
Teraz nie ma już tylu bohaterów, zwłaszcza, że markowe ciuchy są drogie...
Problem ten został rozwiązany w krajach cywilizowanych poprzez ustawianie przy nadbrzeżach punktów ratownictwa wodnego, w formie, jaka zaprezentowana jest na zdjęciach. Na przykład w Szwecji zainstalowano 80 tysięcy takich punktów i dzięki nim rocznie, statystycznie, udaje się uratować ok. 12 osób. Taki typowy punkt to: koło ratunkowe na lince, rzutka, bosak i drabina (ta ostatnia na zimę). Tu chodzi nie tylko o tonących, ale o ewentualnych ratujących, których też sporo tonie w czasie akcji ratunkowej. Gdyby takie punkty ratownictwa ustawiono, to nikt by nie musiał robić z siebie bohatera, a nasze nadbrzeże, byłoby bezpieczniejsze i przyjazne dla ludzi. Elbląg zaś stałby się bardziej cywilizowany w rozumieniu miasta portowego.
[fotoc]
Najnowsze artykuły w tym dziale
Bądź na bieżąco, zamów newsletter