Gdy opowiada o swoim dzieciństwie w Warszawie, ma łzy w oczach. W dniu wybuchu powstania, miała zaledwie dwanaście lat. Pani Ludwika wydarzenia tamtego lata pamięta w najdrobniejszym szczególe. Nie da się przecież zapomnieć konającego w ramionach ojca, ruin domu, w piwnicy którego zginęła cała rodzina, nie da się zapomnieć rannych, których nosiła na swoich ramionach, ani zabitej kobiety i jej nowo narodzonego dziecka.
Powstanie zabrało jej najbliższych - Cała moja rodzina zginęła w Powstaniu Warszawskim – opowiada pani Ludwika, która dzisiaj mieszka w Elblągu. - W ostatnim dniu powstania został zabity mój tatuś. Przebiegałam wtedy z nim przez takie dwa podwórza, a potem przez bramę. Oglądam się nagle, a tatusia nie ma. Patrzę, leży. Pamiętam, jak otworzył jeszcze wtedy oczy i zamknął. To był koniec. W samą krtań dostał. Na dachu za kominem siedział szwab i strzelał do ludzi jak do kaczek.
Jacyś ludzie dali jej prześcieradło, zawinęli ciało ojca, a Ludwika sama próbowała wykopać dół, w którym miała pochować tatę.
– Ludzi chowano wtedy na podwórzach i jak przyszłam kopać grób, nie wiedziałam, jak się za to zabrać – wspomina z płaczem. - Pomogli mi młodzi powstańcy i wykopali dół, ale tylko do kolan, resztę musiałam wykopać sama. Pamiętam, że do połowy tatusia zasypałam, potem obudziłam się już w piwnicy. Musiałam zemdleć, bo nie pamiętam, co się dalej działo. Powiedzieli mi potem, że znaleziono mnie leżącą na tatusiu.
Mała Ludwika cudem uniknęła śmierci. Była ranna, ale miała szczęście i powstanie przetrwała. – Bo ja wiem, może gdyby ta kulka mnie trafiła, byłoby lepiej. Może bym tyle nie przecierpiała, co przecierpiałam – mówi z płaczem.
Któregoś dnia przybiegła do rodziny ojca, która ukrywała się w piwnicy i zapytała, czy czegoś jej potrzeba. A bliscy na to, że wody. Pobiegła nieopodal po wodę, a gdy po chwili wróciła, domu już nie było.
– Pocisk trafił w ten odcinek domu, w którego piwnicy siedzieli mama, bracia, siostry i bratowe taty. Cała rodzina zginęła. Zostałam tylko ja z tatusiem – opowiada dalej.
Ludwika była jedynaczką. Tuż przed wojną, gdy dziewczynka miała pięć lat, umarła jej mama.
– Rodzicom powodziło się dobrze – opowiada. - Tatuś pracował w Żegludze Warszawskiej. Obwoził turystów statkami po Wiśle.
Odarta z dzieciństwa Powstanie uczyniło z niej sierotę. I pozostawiło w niej ciągle żywe obrazy pełne ludzkiej tragedii, bólu i cierpienia. Mała dziewczynka została odarta z dzieciństwa i szybko musiała dorosnąć. - Podczas powstania nosiłam rannych – opowiada po latach. - Ile razy przewróciłam się z rannym. Kiedyś wpadłam pod jednego, a tatuś myślał, że butami mnie zabił ten ranny. Nie chodziło się wtedy ulicami, tylko w piwnicach były w ścianach takie dziury powybijane. I tymi dziurami można było przejść całą ulicę. Z domu do domu się przechodziło, żeby nie oberwać kulką. Kiedyś pod barykadą przebiegał ojciec z synem. Syn leciał do żony, która w nocy urodziła dzieciątko, a on chciał je zobaczyć. I wtedy szwab karabinem maszynowym przejechał go, jakby na maszynie szył. Ojca trafił tylko w jedną i drugą rękę. A ja potem temu synowi takim specjalnym płynem, który wylewało się na watę i przyciskało do rany, by przestała krwawić, pozatykałam te dziury na ciele, by krwotoku wewnętrznego nie było. On leżał na takiej kapie i powiedział do mnie: „Pocałuj, a nie będzie tak bolało”. Tatuś na to do mnie: „Pocałuj” i ja się nachyliłam i pocałowałam go w czoło, głowa mu opadła i skonał.
Tak brutalne wspomnienia to za duży ciężar dla tak małego dziecka. A jednak Ludwika Mendelska musiała dźwigać go przez całe życie. Pewnego razu zdarzył się z kolei cud.
– Jeden z chłopców przed pójściem do walki podczas pożegnania z mamą otrzymał w kieszonkę medalik Matki Bożej. I kiedy leciał na punkt, trafiła go kula. Zatrzymała się na tym medaliku. Zostało tylko wgłębienie. Kuli nie było. Gdzie się podziała, nie wiadomo – opowiada uczestniczka powstania.
Dwunastoletnia Ludwika wykazała się podczas powstania ogromną odwagą. Nie ukrywała się w piwnicach, chciała się na coś przydać: gotowała dla powstańców, parzyła kawę, chodziła dla nich po wodę.
– Na początku zajmowałam się tym w stałym punkcie, w gazowni przy Ludnej 10 na Powiślu, a potem przedostaliśmy się ze Starego Miasta do Śródmieścia, bo robiło się niebezpiecznie. Wszystko było otoczone przez Niemców tak, że mucha nie przeleciała – wspomina.
I wtedy wpadła z ojcem do piwnicy na ulicy Złotej i znów była świadkiem ogromnej tragedii. Usłyszeli ukraińską mowę.
– Patrzymy, a na materacu leży kobieta, druga gdzieś ucieka z tobołkiem przez dziurę w ścianie – dodaje z drżeniem w głosie. - Leci za nią żołnierz. Do kobiety na materacu podchodzi drugi żołnierz, zrywa kołdrę, wyjmuje bagnet, łapie ją za piersi i odcina je, krew pryska. Kobieta umiera. W tym samym momencie podchodzi ten pierwszy i niesie coś za nóżki, krew jeszcze kapie. To dzieciątko, które przed momentem urodziła ta kobieta. I nad tą kobietą rozrywa dziecko na pół. Że ja jestem dziś przy zdrowych zmysłach, to tylko Bogu i Matce Przenajświętszej dziękuję – płacze wracając do strasznych wspomnień pani Ludwika. – Tam niejedna osoba zwariowała.
Sierota Powstania Warszawskiego Gdy powstanie się skończyło, pani Ludwika została sama jak palec. Nie miała nikogo. Najpierw przebywała w obozie po powstańczym pod Warszawą, stamtąd została po wojnie wywieziona wraz z innymi powstańcami pociągiem towarowym do Miechowa za Krakowem.
– Warunki w tym pociągu były okropne – opowiada dalej swą historię. - Nie mieliśmy, co jeść. Wieźli nas chyba ze dwa tygodnie. Tam żeśmy stanęli, tu żeśmy stanęli. Gdy w końcu pociąg dotarł pod Kraków, nie wiedziałam, co ze sobą począć.
Ludwika Mendelska (fot. mg)
Wtedy to Ludwika postanowiła udać się do przyszywanej ciotki pod Łowiczem.
– Ciotka nagotowała trzy gary wody, przyniosła balię i ja się w niej wykąpałam. A gdy zdjęłam ubranie, które miałam na sobie, to aż się ruszało od wszy. Musieli spalić je za stodołą.
Najpierw przebywała u przyszywanej ciotki, potem najęła się do pracy u gospodyni. Za to, że pasła jej krowę, dostawała strawę i schronienie nad głową. Z czasem Ludwikę pod Łowiczem odnalazła siostra jej babki, jedyna krewna dziewczynki oszczędzona przez wojnę. Ciotka zabrała ją do Warszawy. W stolicy udała się do Pogotowia Opiekuńczego dla Sierot Powstania Warszawskiego. Przebywała tam dwa miesiące. Stamtąd przeniesiono ją do nowo założonego Specjalnego Zakładu dla Sierot Powstania Warszawskiego w Miechowicach na Śląsku, gdzie wcześniej mieścił się zakon sióstr ewangeliczek, które miały prowadzić nowy zakład. I tam mała Ludwika wiele wycierpiała.
– Te zakonnice to były Niemki – opowiada pani Ludwika. - Jedna z nich, nazywano ją kuśternogą, bo kulawa była, potrafiła trochę mówić po polsku. Gdy zobaczyła, że ja wyciągam różaniec, a był to różaniec należący do mojego taty, i chcę się pomodlić, chciała mi go zabrać. A ja go tedy przycisnęłam do piersi i powiedziałam, że wolę śmierć niż jej to oddać. I tak jej podpadłam. Nie mogłam chodzić do szkoły, ubrania dla mnie nie było. Już przymrozki się robiły, a ja chodziłam boso i w dziurawej sukience z krótkim rękawkiem. Zamiast do szkoły chodzić, świnie musiałam obrządzać, sprzątać, w kuchni kartofle obierać.
Pewnego dnia Ludwika postanowiła uciec. Chciała się dalej kształcić. Udała się więc do kuratorium, by tam szukać dla siebie ratunku. Tam wysłuchano ją, nakarmiono, dano nowe ubranie i odesłano z powrotem do zakładu, obiecując, że zostanie on natychmiast poddany kontroli. Nikt jednak nie przyszedł, a Ludwika została wychłostana przez kierownika zakładu. Uciekła po raz drugi.
– Usiadłam tam w kuratorium na podłodze i zaczęłam płakać: „Wszystko mi zabrali, śpię na słomie, nie chodzę do szkoły, świnie pasę. Nie wrócę tam więcej. Dlaczego ta kula podczas powstania trafiła w tatusia a nie we mnie? Dlaczego szwaby mnie nie zabiły? Zabrakło dla mnie kuli” – wspomina. - Powiedziałam, że już im nie wierzę, bo mieli przyjechać z kontrolą i nie przyjechali. Znów wróciłam do zakładu. Na drugi dzień szłam nakarmić świnie z tą myślą, że potem odbiorę sobie życie. Dla mnie ten zakład był jak obóz koncentracyjny, ale oni tego dnia właśnie przyjechali z kontrolą.
Jak wielkie było ich zdziwienie, gdy zobaczyli, jak opiekunowie zakładu traktują swoich podopiecznych.
– Źle traktowane były tam tylko katolickie sieroty powstania, bo my byliśmy podzieleni – mówi pani Ludwika. - Ewangelicy mieszkali w osobnym baraku w dobrych warunkach, każdy miał swój własny pokoik. Katolickie dzieci mieszkały w zimnie i głodzie. Najmłodsze dzieci chorowały na zapalenie płuc. Gdy zobaczyli to pracownicy kuratorium, złapali się za głowę. „To my tyle jedzenia wam przesyłamy, a wy głodujecie!”
I w ten sposób kilkunastoletnia Ludwika uratowała katolickie sieroty przed dalszą gehenną. Następnego dnia wszystkie wywieziono w bardziej przyjazne im miejsca.
Los w końcu się odwrócił Ludwika trafiła do prywatnego internatu prowadzonego przez siostry zakonne w Gliwicach.
– Siostry od razu wzięły z nas miarę i uszyły nam ubrania – snuje swą opowieść pani Ludwika. - Na obiad byłyśmy już wykąpane, uczesane, miałyśmy nowe bluzki i spódnice. Każda dostała swoje miejsce przy stole. Postawili przed nami talerze z rosołem. Potem dostałyśmy drugie danie: ziemniaki i mięso z sosem. Jedna na drugą patrzy i płakać się nam chce. Siostra się pyta, dlaczego nie jemy. A my po prostu nie mogłyśmy, tak miałyśmy pokurczone żołądki. W powstaniu jadłyśmy tyle, co nic, a w zakładzie tylko trochę kaszy. Świnie tam lepsze jedzenie miały.
Ludwika skończyła w Gliwicach szkołę podstawową, potem kurs krawiecki i szkołę gastronomiczną, gdzie zrobiła małą i dużą maturę. Zaraz po niej zatrudniono ją w szkole w magazynie gospodarczym. Jednak z czasem siostrom internat zabrano i Ludka nie miała gdzie się podziać, a że w Elblągu mieszkał syn jej macochy z rodziną, który tu prowadził wielką rzeźnię. Ludka napisała do niego, czy może z nimi zamieszkać. Początkowo prowadziła im dom i zajmowała się dziećmi. Nie podobała jej się ta praca. Z czasem dostała pracę intendentki w koszarach na Królewieckiej. Potem była konduktorką a następnie kontrolerką dyspozytora w tramwajach. W końcu znalazła pracę kontrolerki w WSS-ie. W wieku 40 lat wyszła za mąż, nie doczekała się potomstwa. Od dwudziestu lat jest wdową i znów prowadzi samotne życie, jednak nie poddaje się, ma w sobie wiele życia, zapału i wiary. Być może właśnie to pomogło jej przetrwać te wszystkie traumatyczne chwile.