Po pierwsze – krzesła dla publiczności ustawione były w kwadrat. Po drugie – pośrodku znajdował się stół, na którym stał laptop otoczony masą kabli i wszelkiej maści filtrów oraz mikserów. Po trzecie – nagłośnienie było rozstawione dokoła, tak by dźwięk otaczał słuchaczy, okrążał ich i zaskakiwał. Wreszcie po czwarte – artysta siedział pośrodku przy wspomnianym laptopie i... kręcił gałkami.
Jacaszek zapowiedział, że będzie to specyficzny występ. I tak też było. Nie mieliśmy do czynienia z muzyką sensu stricto. To, co płynęło z głośników, idealnie współgrało z murami Galerii. Dźwięki pogrążonej w mroku gotyckiej świątyni, w której raz ktoś czmychnie za kolumną, a ktoś w zupełnie innym rogu coś upuści. Gdzieś w okolicach ołtarza wiatr poruszy dzwonkami, a z góry zupełnie nieoczekiwanie rozlegnie się głos organów. Wszystkie te odgłosy dodatkowo przetworzone, jakby po wybrzmieniu nie mogły się urwać, trwające, wydawałoby się, w nieskończoność. Wszystko bardzo realne, niemal namacalne. Kiedy zamknęło się oczy, miało się wrażenie, że to rzeczywiście ktoś przeszedł obok nas, że dzieje się to tu i teraz, nasilając uczucie zagubienia.
Jedynym mankamentem tego performanceu była jego pora. Zdecydowanie bardziej spotęgowane odczucia towarzyszyłyby słuchaczom, gdyby Galeria wypełniona była mrokiem, lekko tylko rozświetlonym punktami świateł. No ale wystarczyło przecież zamknąć oczy.
[fotoc]
Najnowsze artykuły w tym dziale
Bądź na bieżąco, zamów newsletter