Tajemnica elbląskich Liliputów
– Były przeznaczone do działań przybrzeżnych. Miały operować niedaleko od baz i zwalczać ewentualny desant, którego Niemcy spodziewali się we Francji – mówił dr Marcin Westphal podczas wykładu. – Warunki dla załogi były tragiczne: w środku panował ogromny ścisk, załoganci nie mieli jak rozprostować nóg, a przez cały czas wdychali spaliny z nieszczelnych silników Diesla. Żeby wytrzymać, stosowali różnego rodzaju środki chemiczne, wspomagali się m.in. metamfetaminą.
Elbląska stocznia Schichau-Werke była jednym z zaledwie czterech producentów Seehundów w całej hitlerowskiej III Rzeszy. Okręty tego typu budowano jeszcze w dwóch stoczniach w Kilonii oraz w Ulm (w tym ostatnim powstały tylko cztery sztuki serii próbnej). Już na przełomie 1944 i 1945 roku Elbląg był jedynym w upadającej Rzeszy miejscem kontynuującym produkcję tych jednostek.
We wrześniu 1944 roku Schichau-Werke rozpoczyna realizację zamówienia. Do końca roku zakład dostarcza 102 jednostki. Warto jednak zwrócić uwagę na unikalny sposób „budowy” tychże okrętów. Do stoczni przyjeżdżały trzy gotowe, niemal w pełni wyposażone sekcje: dziobowa, środkowa i rufowa. Elbląscy stoczniowcy spawali je, łączyli instalacje i... na kolejowych platformach (lorach) transportowali na nabrzeże, gdzie dźwig dokonywał wodowania. Jeśli nie zdążono ich zwodować, czekały na szynach na swoją kolej.
.
Ofensywa 1945 roku i wielka ewakuacja
W styczniu 1945 roku Armia Czerwona rozpoczyna kolejną ofensywę. Tymczasem Schichau-Werke otrzymuje zlecenie na kolejne 300 Seehundów! Niemcy, mimo tragicznej sytuacji militarnej, planowali produkcję okrętową aż do września. Cały czas gromadzono sekcje i materiały do produkcji u-bootów oraz innych jednostek nawodnych. Rosjanie „trochę” im te plany pokrzyżowali – 22 stycznia zaniechano budowy wszystkich okrętów. Od tej pory trwało już tylko gorączkowe wykańczanie jednostek, tak aby własnymi siłami lub na holu opuścić Elbląg.
– Próbowałem dociec, ile jednostek stało na pochylniach, ile było wyposażanych, a ile zostało zwodowanych – mówił Marcin Westphal. – Źródła podają bardzo różne informacje. Trudno tak naprawdę ustalić, ile tych jednostek było. Na pewno na pochylniach w styczniu 1945 roku trwały prace przy ośmiu okrętach torpedowych i dwóch trałowcach. Przy nabrzeżach wykańczano sześć okrętów torpedowych i jeden trałowiec. Tylko w styczniu oddano 42 okręty podwodne, a cztery kolejne były w zasadzie gotowe do odbioru. W remoncie były jeszcze trzy inne torpedowce. Czy były jeszcze inne jednostki, które przypłynęły tylko na remont? Tego nie udało mi się ustalić. Podsumowując: w styczniu na terenie stoczni było 20 okrętów nawodnych i 46 podwodnych. Niemcy mieli o co walczyć.
Stocznia z walk o Elbląg wyszła ze stosunkowo niewielkimi stratami. Zdaniem wykładowcy prawdopodobna jest teza, że żołnierze Armii Czerwonej dostali rozkaz, aby oszczędzić zakład. Niemcy część okrętów zdołali ewakuować z miasta, ale w Elblągu zostało sześć torpedowców oraz dwa trałowce; wszystkie okręty na pochylniach. Te ostatnie Niemcy rzekomo wysadzili. Przy słowie „wysadzili” trzeba się jednak zatrzymać.
– We wspomnieniach Polaków, którzy weszli do stoczni już po Rosjanach, możemy przeczytać, że znaleźli tam dwa trałowce w całkiem niezłym stanie – opowiadał naukowiec. – Jedyne dwa trałowce to te, rzekomo wysadzone przez Niemców. Wśród torpedowców najbardziej zaawansowany w budowie był T-42. Był w na tyle dobrym stanie, że później polscy stoczniowcy ze Stoczni nr 16 zaoferowali go polskiej Marynarce Wojennej.
Polskie "Liliputy"
Wracamy do marca 1945 roku. Elblągiem i stocznią rządzą żołnierze rosyjscy. Dopiero później do miasta przyjeżdża Morska Grupa Operacyjna (MGO), która ma budować polską administrację. Stocznia jest jednak terenem zamkniętym i bardzo pilnowanym. Nawet po formalnym oddaniu władzy administracji polskiej przez czerwonoarmistów (19 maja 1945 r.), stocznia pozostaje pod ścisłym zarządem radzieckim.
Zdaniem Marcina Westphala zakłady Schichaua wpadły w ręce radzieckie w całkiem niezłym stanie. Naukowiec cytował dokumenty MGO z marca, w których Polacy stwierdzali, że wyposażenie stoczni było po zajęciu miasta niemal kompletne. Stan infrastruktury pozwalał na natychmiastowe wznowienie produkcji. Niestety, demontaż i wywózka urządzeń, dokumentacji oraz wszystkiego, co się dało, do Związku Radzieckiego rozpoczęła się niemal natychmiast. Polaków na teren zakładu nie wpuszczano.
– Co ciekawe, źródła sowieckie nie podają, aby do Związku Sowieckiego trafiły jakieś miniaturowe okręty podwodne z Elbląga – zauważył Marcin Westphal.
Polacy odzyskali stocznię w sierpniu 1945 roku. Jakieże było zdziwienie inżyniera Mieczysława Filipowicza – pierwszego dyrektora Stoczni nr 16 (tak po wojnie ponumerowano dawne stocznie Schichaua) – kiedy w środku zastał... niezniszczone sekcje do u-bootów Seehund!
Co z nimi zrobić? Najlepiej sprzedać. Komu? Polskiej Marynarce Wojennej! Przedwojenne okręty podwodne ORP Ryś, ORP Żbik i ORP Sęp po powrocie ze szwedzkiego internowania trafiły niemal prosto do stoczni na poważne remonty. Dywizjon Okrętów Podwodnych istniał tylko teoretycznie. Elbląscy stoczniowcy postanowili wykorzystać tę szansę i zaoferować marynarzom poniemieckie Seehundy pod nową, polską nazwą: Liliput.
Nie ma pewnych informacji, ile dokładnie sekcji po Seehundach zostało w mieście.
– W październiku 1946 roku Elblążanie złożyli polskiej Marynarce Wojennej ofertę montażu jednego próbnego, miniaturowego okrętu podwodnego. Do tego stocznia miała sporządzić pełne rysunki techniczne i wykonawcze – opowiadał naukowiec. – Za dokumentację techniczną zażyczyli sobie 450 tys. zł, a miała być gotowa w ciągu trzech miesięcy. Okręt wycenili na 4,5 mln zł, deklarując budowę w pięć miesięcy po wykonaniu dokumentacji.
I zaczęły się twarde targi. Marynarze chcieli taniej, stoczniowcy nie zamierzali ustępować. W trakcie negocjacji Elblążanie zaoferowali, że mogą wyprodukować kolejnych dziesięć takich „Liliputów”. Próbowali też sprzedać poniemieckie wyposażenie specjalistyczne: m.in. zbiornik ciśnieniowy do sprawdzania szczelności kadłuba, peryskopy czy dysze.
Skończyło się na tym, że w 1948 roku Marynarka Wojenna wysłała pismo informujące stoczniowców, że mogą spodziewać się wizyty oficera, który wskaże, co jest potrzebne, a stocznia ma pomóc w przygotowaniu maszyn do transportu. O jakiejkolwiek zapłacie nie było już mowy.
– I tu kończy się zbadana przeze mnie historia. Korespondencja pomiędzy stocznią a Marynarką Wojenną w tym momencie się urywa – podsumował naukowiec. – Nie natrafiłem na dokumenty mówiące, co się dalej wydarzyło. Czy oficer rzeczywiście pojawił się w Elblągu? Czy elementy okrętów zostały zabrane do Gdyni? Na pewno takie jednostki nie zostały oficjalnie wcielone do polskiej floty. Czy podjęto próbę ich montażu w Gdyni i przeprowadzano próby w morzu? Tego nie wiem. To temat do dalszych badań.
Zagadkowy trop może prowadzić bezpośrednio do Związku Radzieckiego. Tę hipotezę potwierdza jak na razie tylko jeden rosyjski autor.
– Na przełomie 1947 i 1948 roku pojawia się informacja, że z Elbląga wywieziono dwa kompletne okręty podwodne typu Seehund. Rosjanie mieli włączyć je do swojej Floty Bałtyckiej w Leningradzie – wyjaśniał dr Marcin Westphal. – Jednostki zostały tam gruntownie przebadane, a po pewnym okresie wycofane ze służby i zezłomowane. Czy były to te same konstrukcje, które elbląska stocznia próbowała sprzedać polskiemu wojsku? Tego do dziś nie udało mi się potwierdzić.