Rzadko który rok przynosi taką falę zmian na szczytach władzy, jaka rysuje się właśnie w 2026 roku. Obraz jest bardzo różnorodny i trudno znaleźć jeden wspólny mianownik dla wszystkich tych głosowań. W jednych stolicach kampania toczy się spokojnie, w rytmie sondaży i telewizyjnych debat. W innych elekcja staje się prawdziwym testem dla całego państwa, a jej wynik zdecyduje nie tyle o nazwiskach, ile o kierunku polityki na kolejne lata. Portugalia otworzyła tę serię i pokazała skalę politycznej zmiany - socjalista António José Seguro wygrał pierwszą turę 18 stycznia z wynikiem ponad 31%, a 8 lutego w dogrywce zdecydowanie pokonał lidera populistyczno-prawicowej partii Chega, André Venturę, zdobywając rekordowe 66,8% głosów. Po raz pierwszy od czterdziestu lat potrzebna była druga tura, co w kraju, dotąd uchodzącym za oazę stabilności, samo w sobie jest sygnałem, że coś się w portugalskiej polityce trwale zmienia.
Dalej różnice tylko rosną. Sudan Południowy ma 22 grudnia przeprowadzić pierwsze w swojej historii wybory prezydenckie - odkładane wiele razy z powodu walk wewnętrznych i niedotrzymywanych porozumień. Dla najmłodszego państwa świata głosowanie będzie sprawdzianem, czy demokratyczne procedury w ogóle da się tam uruchomić. Brazylia idzie do urn 4 października i szykuje się jedno z najciekawszych starć roku - Luiz Inácio Lula da Silva najpewniej zmierzy się z Flávio Bolsonaro, a stawką jest polityka klimatyczna, ochrona Amazonii i relacje z Waszyngtonem. W Bułgarii jesienią rusza otwarty wyścig, bo Rumen Radew nie może ubiegać się o trzecią kadencję, a spór między stroną proeuropejską a politykami bliższymi Moskwie jest bardzo ostry. Bangladesz natomiast poszedł do urn 12 lutego - głosowanie powszechne z referendum nad Kartą Lipcową było pierwszym testem po upadku rządów Sheikh Hasiny. Różnica między spokojną kampanią w Lizbonie a budowaniem państwa od podstaw w Dżubie pokazuje najlepiej, jak bardzo różne bywają stawki pod tą samą nazwą wyborów prezydenckich.
Z parlamentarnego zestawienia wyłania się obraz jeszcze bogatszy - głosowania do izb odbędą się w ponad pięćdziesięciu krajach, a kilka z nich zasługuje na szczególną uwagę. Najgłośniejszym wydarzeniem są Węgry. Wybory do Zgromadzenia Narodowego odbyły się 12 kwietnia i przyniosły polityczne trzęsienie ziemi - opozycyjna Tisza pod wodzą Pétera Magyara zdobyła 141 ze 199 mandatów, czyli większość konstytucyjną, kończąc 16-letnie rządy Fideszu Viktora Orbána. Przy rekordowej frekwencji przekraczającej 78% Węgrzy zdecydowali o największym zwrocie politycznym w tej części Europy od lat, a nowa ekipa zapowiada odblokowanie środków unijnych i wyraźne otwarcie na Brukselę.
Bułgaria wróciła do urn 19 kwietnia - już po raz ósmy od 2021 roku. Podzielona scena polityczna i ciągłe kłopoty z utworzeniem stabilnego rządu od lat utrudniają zbudowanie trwałej większości, a wyborcy coraz bardziej się do tej rutyny przyzwyczajają. W Rosji elekcja do Dumy przypada na 20 września i w praktyce stanie się plebiscytem wobec kursu Kremla prowadzonego w warunkach wojny. Stany Zjednoczone ruszają do urn 3 listopada. Do obsadzenia jest cała Izba Reprezentantów, licząca 435 delegatów, około jednej trzeciej Senatu oraz część stanowisk gubernatorskich. Będzie to egzamin połowy kadencji z poparcia dla polityki Donalda Trumpa, a oba obozy już szykują się na kosztowną kampanię. Warto mieć na oku także Łotwę, gdzie 3 października odbędzie się elekcja do Saeimy, oraz Bośnię i Hercegowinę, która dzień później przeprowadzi głosowanie powszechne na kilku poziomach - od parlamentu centralnego, przez prezydium, po izby entitetów.
Przedstawiony niżej kalendarz wyborczy zbiera najważniejsze daty roku w trzech przejrzystych blokach. Część z nich pozostaje jeszcze przybliżona, bo zanim padnie konkretny dzień, odpowiedni organ musi podjąć uchwałę rozpisującą elekcję. Kolejna uchwała zatwierdza wzory dokumentów, następna powołuje komisje terenowe, a finalna uchwała domyka rejestrację komitetów. Do tego dochodzi cała logistyka - druk kart, zgłaszanie list, weryfikacja kandydatów, odpowiedni rozmiar budżetu. Właśnie dlatego tak wiele głosowań ogłasza się z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.
Kategoria I - wybory głowy państwa i głosowania powszechne, w których wyłaniany jest prezydent:
Druga kategoria obejmuje same parlamenty - od niewielkiego Tokelau po Rosję i Kongres w Sarajewie. To właśnie tu decyduje się codzienna polityka kolejnych krajów: skład izb, układ koalicji, kierunek reform.
Kategoria II - wybory parlamentarne:
W trzecim bloku znalazły się głosowania, które nie mieszczą się w dwóch poprzednich kategoriach, ale mają realny wpływ na politykę swoich krajów - od przedterminowej elekcji w Danii, przez niemieckie landtagi, aż po amerykańskie wybory śródkadencyjne.
Kategoria III - pozostałe istotne głosowania:
W oczy rzuca się to, jak wiele terminów zaplanowano na ten sam weekend - to sprytna pragmatyka, ale też spore wyzwanie logistyczne dla komisji. W wielu krajach regularnie powracają też pytania o zakres praw wyborczych mniejszości, swobodę zgłaszania alternatywnych komitetów i realną weryfikację dokumentów. Końca tej intensywnej serii głosowań można spodziewać się dopiero w ostatnich dniach grudnia.