Wystarczy morski kajak – długi na pięć i więcej metrów, z wysokim dziobem pozwalającym ciąć fale, wyposażony w grodzie wodoszczelne, kompas, specjalną poduszkę na wiosło pomocną przy wchodzeniu do kajaka po wywrotce, pompkę do wylewania wody i sprzęt nawigacyjny jak kompas czy GPS. Na morską wyprawę najlepiej wybrać się w towarzystwie. Wtedy jest dużo bezpieczniej.
Klasyczny maraton dla biegacza to 42 kilometry 195 metrów. Maraton kajakowy to 42 mile morskie, czyli ponad 77 kilometrów. Taki właśnie wyścig – I Maraton Morski o Wstęgę Zalewu Wiślanego – został przygotowany dla amatorów przez PTTK oddział w Elblągu we współpracy ze Stanicą Wodną w Nadbrzeżu.
Trasa prowadziła dookoła polskiej części akwenu: z Nadbrzeża przez Tolkmicko, Frombork, Nową Pasłękę, Piaski, Krynicę Morską, Kąty Rybackie i powrót do Nadbrzeża. Pogoda nikogo nie rozpieszczała: wiatr do 4 w skali Beauforta, deszcz i niski pułap chmur oraz słaba przejrzystość powietrza. Szczęśliwie po tygodniu upałów woda ma 23-24 stopnie Celsjusza – jest więc bezpiecznie. Zawodnicy wg regulaminu mają godzinę na czekanie na pomoc. Na starcie zgłosiło się 11 zawodników: dziesięć jedynek, w tym jedna kobieta oraz jedna osada dwójkowa. Przed wyścigiem obowiązkowa inspekcja techniczna i sprawdzenie wyposażenia obowiązkowego. Na trasie krąży łódź motorowa typu RIB mogąca rozwinąć prędkość nawet 60km/h, na punktach w Nowej Pasłęce, Krynicy Morskiej i Kątach Rybackich czuwają wolontariusze. Koordynację całego wyścigu dzierży baza w Stanicy Wodnej w Nadbrzeżu oraz sędzia główny – Marek Stępień.
Już w Nowej Pasłęce, po trasie pod wiatr i falę, jeszcze nie po połowie trasy z wyścigu wycofało się czterech zawodników. Na trawersowaniu akwenu do Piasków jeden z kajakarzy – Tomasz Sumara po wywrotce na fali wycofuje się i wzywa pomoc, kontaktując się z bazą wyścigu w Stanicy Wodnej w Nadbrzeżu. Po dziesięciu minutach w wodzie wraca już pontonem asekuracyjnym do Nowej Pasłęki. Kolejny – jeden z faworytów wyścigu, Piotr Rosada, nie mogąc płynąć bokiem do fali, ląduje „przy jakimś wielkim kamieniu”. Jak się okazuje – przy Świętem Kamieniu obok Tolkmicka. Zła widoczność i deszcz przeszkodziły mu w poprawnej nawigacji. Mieszkaniec okolic Braniewa – Mariusz Podgórski, płynąc na bardzo dobrym – czwartym miejscu musi się wycofać ze względu na liczne poobcierania ciała. Ostatni w wyścigu: Filip Sochaj i Rafał Czarnecki. Świetnym zmysłem popisali się zawodnicy z czołówki wyścigu: decydują się płynąć nie najkrótszą drogą do Piasków, a wzdłuż granicy, by szybciej schować się pod brzegiem przed falą.
Po przejściu otwartych wód Zalewu, droga wzdłuż malowniczego brzegu mierzei okazała się spokojna. Fale i wiatr malały, do Kątów Rybackich bez przygód. Kolejny trawers otwartą wodą to odcinek z Kątów do główki wejścia do portu Elbląg zwanej przez elbląskich żeglarzy „Andzią”. Przejście bez towarzystwa brzegu, płynąc na wskazania kompasu. Wiatr zelżał do „jedynki”, fale powoli uspokajały się. [fotoc]Zawodnicy jeden po drugim w swoim tempie meldowali się na mecie. Pierwszy po 8 godzinach, 59 minutach melduje się ponad pięćdziesięcioletni Kazimierz Rabiński, po trzech minutach kolejny – Dariusz Kuźniarski. Trzecia jest osada dwójkowa z Lipusza na Kaszubach. Jedyna kobieta – Agnieszka Uklańska melduje się na mecie po 11 godzinach, 34 minutach, a ostatni z zawodników siedział w kajaku przez 13 godzin, 14 minut. Wszystkim zawodnikom należą się gratulacje za wyczyn, którego nikt wcześniej nie dokonał. Na mecie każdy otrzymuje gorący posiłek regeneracyjny.
Wieczorem w Stanicy miało miejsce rozdanie nagród i wspólna kolacja. Następna edycja maratonu już w przyszłym roku.
Najnowsze artykuły w tym dziale
Bądź na bieżąco, zamów newsletter