Armia Sowiecka, działająca na odcinku Prus Wschodnich, w wyścigu do Berlina miała jedyny cel – jak najszybciej, bez względu na straty, dojść do Berlina przed Aliantami. Upadek III Rzeszy był już kwestią czasu. O losie granic, miast i ziem miała zadecydować Konferencja Jałtańska w lutym 1945 r. Ale był dopiero początek lutego i Elbląg, leżący na trasie marszu Sowietów, był miastem, którego przynależność do ZSRR czy Polski nie została jeszcze określona.
Stalin, przed Jałtą i w trakcie jej trwania, „walczył”, poza Królewcem, o Braniewo, Frombork i Elbląg. W ostatniej chwili Alianci nie ustąpili (początek zimnej wojny) i Elbląg przypadł Polsce, a dokładnie PRL. Można powiedzieć, że przypadł nam, jak „ślepej kurze ziarno”.
W tej sytuacji można chyba za elbląskim historykiem Lechem Słodownikiem stwierdzić, że nie było tu wyzwolenia Elbląga. Było to przyłączenie, dzięki zdobyciu miasta przez Sowietów. Miasto jako zdobycz wojenno-polityczna przypadła Polsce. Stracili oczywiście Niemcy, ale też i Sowieci, bo po zdobyciu Elbląga szybko go stracili. Powinniśmy się z tego cieszyć i wykorzystać szansę, jaką nam dał psikus historii i polityki. A tych, co musieli walczyć o miasto, należy pamiętać ze współczuciem, życzliwością i szacunkiem.
Najnowsze artykuły w tym dziale
Bądź na bieżąco, zamów newsletter