Dominika Kiejdo: Od ilu lat naprawia Pan zegary? Zbigniew Piątkowski: - Ooooo, będzie już jakieś 55 lat, na ul. 1 Maja jestem już 44 lata, wcześniej naprawiałem zegary na Stoku.
- Kiedyś ludzie częściej przychodzili naprawiać zegarki, pewnie teraz interes słabiej się kręci? - To jest niebo a ziemia. Kiedyś było nas w Elblągu 49 zegarmistrzów, a dzisiaj zostało ośmiu i żaden nie ma roboty tyle, co trzeba.
- Nie można z tego wyżyć? - Ledwo, ledwo. Życie zegarmistrza jest teraz bardzo ciężkie. Jest to zawód wymierający.
- A z jakimi zegarkami ludzie do Pana najczęściej przychodzą? - Z chińską lipą (śmiech).
- Czyli nie naprawia Pan żadnych okazów? - Okaz się zdarza raz na 10 lat.
- Zapamiętał Pan jakiś szczególny? - Był jeden taki zegarek Breitling, najdroższy i zarazem najstarszy, jaki kiedykolwiek naprawiałem. Ten zegarek jest jak Rolls-Royce wśród samochodów. W tej chwili może kosztować przeszło milion złotych. Jego właścicielem był mieszkaniec Warszawy. Często przywożą do mnie zegarki ludzie z Warszawy czy z Gdańska.
- Nie ma dobrych zegarmistrzów w stolicy? - Nie wiem, ale akurat tutaj jest taki zegarmistrz, który potrafi to naprawić.
- Rozumiem, że musi mieć Pan renomę? - Oczywiście. Dla mnie nie ma rzeczy nie do naprawienia. Tylko to kosztuje.
- Na ile wycenił Pan naprawę Breitlinga? - Na 5 tys. zł.
- Zbiera Pan zegarki? - Głównie stare. Gdyby przyszła Pani do mnie do domu, to nie chciałaby Pani wyjść. Moje zegary nie tylko pięknie tykają, ile są po prostu przepiękne.
- Ile ich Pan ma? - Może kilkaset. Licząc te, które są w domu i w pracy. Czasami skupuję zegarki na części. Gdy klientowi nie opłaca się zegarka naprawić, bo to jest lipa i naprawa kosztuje więcej niż nowy zegarek, klienci sprzedają mi zegarki na części.
- A z drogimi zegarkami też czasami przychodzą? - Teraz realia są inne. Przykładowo gdy taki drogi zegarek spadnie nam na kant, co się dzieje? Pęka oś balansowa. I taka naprawa kosztuje tysiąc zł. I na to się prawie nikt nie godzi. Rzuca go wtedy do lamusa i sobie tam leży, a naprawia się tylko "chińszczyznę" i "lipczyznę".
- Dlaczego ma Pan teraz mniej pracy? Ludzie przestali nosić zegarki? - Mamy tak cudowny rząd, że politycy chcieliby mieć wszystko, a robotnik ma być tylko wyrobnikiem i nikim więcej. Praca rzemieślników jest niedoceniania. Jesteśmy traktowani jak najtańsza siła robocza.
- A w jaki sposób państwo mogłoby wesprzeć rzemieślników? - Boże, jakie to proste! Wystarczy wyposażyć tylko zakłady w porządne narzędzia. Oczywiście, ja narzędzia do pracy mam, ale są takie narzędzia, dzięki którym naprawa idzie sprawniej i zajmuje mniej czasu.
Byłem kiedyś w Szwajcarii w firmie Doxa. Z chwilą, gdy wszedłem do niej, zaparło mi dech w piersiach, oczy wyszły mi na wierzch, a włosy stanęły dęba. Boże, jakie urządzenia! Żebym chociaż jedno takie miał!
- Czy ludzie dbają dziś o swoje zegarki, przywiązują do nich wagę? - Absolutnie nie. Kiedyś tak, bo było ich mało i zegarki były drogie. A w tej chwili jest tego tyle! W sklepie z "chińszczyzną" zegarek kosztuje 12 zł. Gdy się zepsuje, człowiek go wyrzuca i kupuje drugi.
- Dlaczego szwajcarskie zegarki są takie drogie? - Bo Szwajcaria to kolebka zegarmistrzostwa. Stąd wyszły najlepsze marki zegarków. Nie było prawa, by wyprodukowano jakiś wadliwy zegarek. Musiał chodzić setki lat.
- A są takie zegarki, które się nie psują? - Nie ma takich.
- Najbardziej popularne są dziś lipne zegarki, a z tych droższych? - Właśnie szwajcarskie.
- A czy zegary mają duszę? - Według mnie tak. Dla mnie w zegarku dusza to balans, kotwica i włos powrotno – naciągowy.
- Ile czasu zajmuje Panu naprawa? - Zdarza się, że przy jednym zegarku siedzę dwa dni, a pieniędzy dostaję przecież tyle, na ile się z klientem umówiłem.
- Jak to się stało, że został Pan zegarmistrzem? - Bo mój dziadek, który zmarł w Stanach Zjednoczonych, był zegarmistrzem. Mój tata był mistrzem zegarmistrzowskim. Ja jestem zegarmistrzem i jeszcze miałem syna zegarmistrza, ale niestety już nie żyje.
- Czy ten zawód ma jeszcze przyszłość? - Na pewno ma. Już w tej chwili na gwałt są powoływane szkoły zawodowe. Brakuje w naszym kraju fachowców. Wszyscy lepsi uciekają za granicę. Jest to kraj emerytów, rencistów, biedaków i ludzi, którzy dorabiają, bo muszą żyć.