Trochę po godzinie 19 na scenie pojawiła się Asia. Kotów widać nie było, ale z pewnością wokalistka czuła ich obecność. Asia i Koty to zjawisko muzyczne jakiego dawno nie byłem świadkiem. Wokalistka na scenie pojawiła się sama, najpierw z gitarą, później z klawiszami. Wygrywając na każdym z tych instrumentów pozornie banalne i bardzo proste dźwięki, budowała niesamowity klimat tego wieczoru. Siłą jej twórczości jest jej głos, niesamowity, przeszywający, trochę senny, jakby dochodzący gdzieś z oddali. Naprawdę przy tym głosie nie dziwi wręcz ascetyczne podejście do materii instrumentalnej - Asi zwyczajnie nie potrzeba niczego więcej. Dużo w tej muzyce smutku, melancholii, uczucia porzucenia i zagubienia. Bardzo osobliwe dźwięki, których znakomicie słuchałoby się w deszczowe, jesienne wieczory. Nie jest prostym śpiewanie i akompaniowanie sobie samemu, zmierzenie się z publiką a jeszcze do tego wytworzenie urzekającej atmosfery występu. Asi wraz z jej kotami wyszło to znakomicie.
Po krótkiej przerwie na scenie pojawiła się legenda trójmiejskiej sceny alternatywnej. Szelest Spadających Papierków to projekt, który powstał 30 lat temu i uznawany jest za jednego z pionierów polskiej muzyki awangardowej i noizz. Ich występ to zupełnie inny muzyczny - czy raczej dźwiękowy - świat niż Asia i Koty. Na scenie trzech muzyków, dwóch odpowiedzialnych za syntezatory i loopy, i jeden za kontrabas. Zaledwie trzy osoby, a hałasu generowali tyle co cała dzielnica przemysłowa wielkiego miasta. Bo dźwięki Szelestu Spadających Papierków to anty-muzyka, to podróż przez odhumanizowane przestrzenie jakiegoś odrażającego miejskiego molocha, niemal apokaliptyczna wizja świata, w którym jedyną muzyką jest hałas fabryk i maszyn. [fotor]To pełne niepokoju sprzężenia osadzone na miarowym, zapętlonym bicie, które stopniowe narastają, wwiercają się w czaszkę, z impetem chcąc rozerwać siłą natężenia nasze narządy słuchowe. A chwilę potem następuje wyciszenie, pojawia się fragment niemal jazzowy, gra sama perkusja i kontrabas. Gdzieś, w którymś momencie z tej plątaniny trzasków i szmerów dochodzi do nas dźwięk czystego, spokojnego śpiewu. Anty-dźwięki powoli kreują iluzję ciszy, przerywaną nagłym świstem, skrzypnięciem, hałas znów narasta, zapętla się aby nagle zniknąć. Pozostaje tylko słyszalna gdzieś w tle gitara akustyczna i powoli milknący kontrabas.
Nie da się chyba inaczej opisać występu Szelestu Spadających Papierków, to przede wszystkim dźwięki generujące obrazy, czemu zdecydowanie sprzyjała akustyka gotyckich murów i z każdą chwilą coraz bardziej ogarniający je mrok. Nie są to dźwięki dla każdego i raczej ciężko wytrzymać dłuższe z nimi obcowanie, czego dowodem była wykruszająca się stopniowo publiczność. Nie mniej jednak mnie w trakcie ich występu akurat przestał doskwierać trwający cały dzień ból głowy.
Najnowsze artykuły w tym dziale
Bądź na bieżąco, zamów newsletter