Środowy koncert był jak do tej pory jedyną okazją aby zobaczyć i usłyszeć "na żywo" w naszym mieście wybitnego muzyka i kompozytora. Leszek Możdżer jest ciekawym zjawiskiem, gdyż rzadko zdarza się aby muzyk o wyraźnie jazzowych inklinacjach, był postacią niemal ogólnie rozpoznawalną. Możdżerowi jednak udaje się być cenionym i uznanym w światowym jazzie pianistą, a jednocześnie nie stronić od przedsięwzięć nie tyle może czysto komercyjnych co szerzej dostępnych. Imponuję również otwartość artysty na nowe projekty tak dalekie od jazzu czy muzyki klasycznej, jak choćby udział w nagraniach płyty czołowych obrazoburców polskiej sceny - Behemoth, czy też hiphopowy Haelucenogenoklektyzm L.U.C.a.
Występ w Galerii zgromadził komplet publiczności. Leszek Możdżer zaprezentował własne interpretację chopinowskich klasyków, kompozycje Krzysztofa Komedy czy utwory znane z płyt nagranych z muzykami, z którymi artysta współpracuje na co dzień jak choćby Lars Danielsson. Koncert Możdżera to minimum słowa maksimum dźwięku. Artysta sam powiedział, że nie jest najlepszy w zapowiedziach więc będzie po prostu grał. A grał pięknie, z wielką lekkością, swobodą i uśmiechem na twarzy. W każdy muzyczny standard wkładał coś od siebie, w każdym było słychać te jego jazzowe fascynacje. Zaskakiwał nieszablonowymi jak na fortepian dźwiękami przy których generowaniu posługiwał się pustymi szklankami czy ręcznikiem. Przynosiło to naprawdę zaskakujące efekty. Każdy kolejny utwór zwieńczony był długimi brawami, które za każdym razem wydawały się onieśmielać artystę. Oczywiście nie mogło zabraknąć bisów, wśród których na zwieńczenie wieczoru dostaliśmy Imagine, klasyk Johna Lennona w wersji niemal industrial-noisowej. Po takim finiszu mogły już być tylko owacje na stojąco.
Zaproszenie Możdżera musiało w końcu mieć miejsce. Można tylko zapytać czemu tak późno – ale po co, skoro oczekiwanie zostało w pełni wynagrodzone.
[fotoc]
Najnowsze artykuły w tym dziale
Bądź na bieżąco, zamów newsletter