Marek Dyjak, rocznik 1975. Hydraulik, który od życia chciał więcej. Laureat festiwali piosenki, czasem aktor, pisze muzykę do spektakli teatralnych, nagrywa płyty. Z bagażem doświadczeń idzie do przodu, bez taryfy ulgowej, zachrypniętym głosem wyśpiewuje gorzkie słowa. „Żul i barowy grajek” jak mówi o sobie. „Polski Tom Waits” – jak chcą wielbiciele.
Artysta został zaproszony na VII Letnie Ogrody Polityki. Pomysł - uważam - nietrafiony. Dyjak fantastycznie wpisałby się w klimat barowy, gdzie w papierosowym dymie, w oparach alkoholu jego głos i przekaz wypadłyby fantastycznie. W plenerze publiczności trudno było się skupić, tym bardziej, że zza płotu dobiegała piosenka biesiadna (w sąsiadującym z Podzamczem lokalu odbywało się prawdopodobnie wesele). I jak tu wsłuchać się w „Durną miłość”, uronić łzę, tę, która pęka na krawędzi szkła (a „na krawędzi dnia pęka cały świat”)?
A Dyjak, "Człek zbuntowany", wart jest uwagi. Prawdziwy, rozdzierający głos, gorzkie teksty, aż proszą, by słuchać koncertu w zadymionym, małym klubie, gdzie tłoczno, ludzie szepczą nad szklankami trunków. Do przyjęcia byłyby ewentualnie wnętrza Biblioteki Elbląskiej lub Galerii EL, bo plener nie jest sprzymierzeńcem „polskiego Waitsa”. Zdawało się, że i on to rozumie, gdy po „Tej ostatniej niedzieli” (przedwojennym szlagierze autorstwa Jerzego Petersburskiego) schodził ze sceny, na której gościł przez godzinę wspólnie ze swoim bandem. I tu warto zaznaczyć, że na trąbce grał urodzony w Elblągu Jerzy Małek (ur. 1978 r., kompozytor jazzowy, trębacz.).
Po Dyjaku na scenę wyszedł Lech Janerka, legenda polskiej sceny rockowej, ale to już zupełnie inna historia…
Najnowsze artykuły w tym dziale
Bądź na bieżąco, zamów newsletter