Rejonowe Zarządy Gospodarki Wodnej argumentują, że jednostki pływające zajmują kawałek dna, choć unoszą się na wodzie. Woda jest własnością Skarbu Państwa, więc to, co pod nią też. Jest więc powód, by sięgać do kieszeni armatorów statków i barek, właścicieli jachtów, żaglówek, łodzi i kajaków, tych sportowych również. Pomysłodawcy dennego podatku mają wsparcie w Ministerstwie Środowiska, którego urzędnicy twierdzą, że przepis ma umocowanie prawne, ma więc prawo być egzekwowany. Pływające jednostki, w myśl tego umocowania prawnego, niezależnie od rodzaju, traktowane są jako pływające nieruchomości do opodatkowania, bo używają dna pod wodą.
- Ten pomysł nic nie wnosi, niczego nie usprawnia, a na pewno wprowadza zamieszenie – mówi Tadeusz Kacprzak, przewodniczący Rady Nadzorczej Portu Morskiego w Elblągu. – Armatorzy już płacą podatki. Na wstępie przy zakupie jednostek, a potem od przewozów, za nabrzeże do którego przycumowany jest statek. Płacą także podatek pasażerowie „białej floty” przy zakupie biletów na jednostkę. Z dotychczasowych informacji można wnioskować, że denny podatek będą płaciły kluby sportowe prowadzące sekcje wyczynowe w żeglarstwie i wioślarstwie. Idąc dalej tropem kosmicznego pomysłu, to można go rozwijać do kolejnych absurdów. Jeśli pomysłodawcom nie zabraknie weny, to może dojść do tego, że za kąpiele w wodzie zapłacą wszyscy, którzy wejdą do wody, bo używają dna pod wodą. Jestem zdania, że denny podatek gruntowy w którym gruntem jest dno rzeki, zalewu itd. - to kompletny absurd.
Najnowsze artykuły w tym dziale
Bądź na bieżąco, zamów newsletter