UWAGA!
[X]Zgłaszanie opinii do moderacji
W naszych stronach było wiele przypadków zaczepień jachtów o linie energetyczne, lecz nigdy skutki nie były tak tragiczne. Wydaje mi się bardzo mało prawdopodobne, aby cztery osoby (raczej rozsądne, z doświadczeniem życiowym) poraził śmiertelnie prąd w momencie zetknięcia się z linią. Niejednokrotnie pływając pod liniami " dupa mi się marszczyła" i na pewno trzymałem się z dala od wszystkiego, co metalowe (podczas burz również). Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem jest gwałtowny pożar po tym jak jacht " stanął pod napięciem" , który to zmusił załogę do podjęcia czynności narażających się na porażenie prądem. Na takiej małej, chybotliwej jednostce z relingami 15kV (w dnie kokpitu prawdopodobnie ok. 0V - odpływy) ciężko coś zrobić, w szczególności gasić pożar, bez dotykania się do stalówek, bomu czy kosza. Jest też prawdopodobne, że próby odciągnięcia jednego porażonego kończyły się porażeniem kolejnego. Nie wierzę, by wszystkie osoby przebywały w kokpicie (" Florydy" nie było), a ryzyko porażenia wewnątrz jachtu jest niewielkie. Reasumując, zabezpieczenia (relingi) stały się śmiertelną pułapką dosłownie nie do przeskoczenia. Nie jestem specjalistą w dziedzinie elektryczności, ale uważam, że wyskoczenie za burtę w kapoku na zawietrzną z dala od rufy dawało dużą szansę na przeżycie w tych warunkach.
Tomek324