Na początek przypomnienie: Pierwszy proces grupy przestępczej, której domniemanym szefem był Jan R. pseudonim "Kulawy", był najdłuższym i najdroższym procesem w historii elbląskiej Temidy. Trwał sześć lat, pochłonął ok. 4 milionów złotych, zgromadzono blisko 300 tomów akt po 200 stron każdy. Lista zarzutów była bardzo długa, m.in. zabójstwa, uprowadzenia, handel narkotykami, przemyt alkoholu i papierosów, wyłudzenia odszkodowań. W październiku 2011 r. zapadł wyrok. 15 członków grupy zostało skazanych – Jan R. na najsurowszą karę dożywotniego więzienia. Inne, wysokie wyroki to 15 lat pozbawienia wolności dla: Marcina K., Radosława H. i Marcina G. Zostali oni uznani za winnych m.in. zabójstwa dwóch biznesmenów ze Szczecina (ciał nie odnaleziono).
Jednak Sąd Apelacyjny w Gdańsku uchylił karę dożywocia dla "Kulawego", a większości jego ludzi obniżył wyroki, zawieszając je warunkowo lub zamieniając na karę grzywny. Gdański sąd wykreślił też w akcie oskarżenia zapis, że organizacja, której przewodził Jan R. miała charakter zbrojny. I w ten sposób sprawa "gangu" wróciła do Elbląga.
Historia jak z filmu o gangsterach
Proces ruszył w lipcu 2015 r. Po blisko dwóch latach przewód sądowy został zamknięty, a dziś (16 maja) rozpoczęły się mowy końcowe. Jako pierwszy głos zabrał prokurator Andrzej Litwińczuk z Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku. Ponad dwie godziny mówił o tym, jakim człowiekiem jest Jan R. i jakie interesy prowadził w Kisielicach.
- Na początku - to były lata 90. - w dwóch wynajętych garażach prowadził warsztat samochodowy, z czasem przejął masarnię i gospodę (zrobił tam dyskotekę), był właścicielem gospodarstwa rolnego i tartaku – wyliczał prokurator. - Działał również charytatywnie, pomagał ludziom, wspierał miejscową parafię. To jednak tylko jedna strona działalności Jana R. - zastrzegał.
Do interesu wciągnął członków najbliższej rodziny, sąsiadów. Kilku z nich stanęło przed sądem i odpowiadało za przemyt papierosów na zachód, za handel narkotykami w krajach skandynawskich.
- Na początku Jan R. zatrudniał ludzi z ogłoszenia, dawał im legalną pracę, ale z czasem i oni przemycali papierosy – kontynuował opowieść prokurator Litwińczuk. - O tym mówili oskarżeni, z ich przekazów wynika, że całe Kisielice były w garści „Kulawego”. Miejscowa policja była wyjątkowo tolerancyjna, bo za „przymykanie oka” funkcjonariusze otrzymywali od Jana R. prezenty. W związku z tym procederem Sąd Rejonowy w Iławie skazał pięciu policjantów, którzy stracili już pracę.
Jak przekonywał prokurator Andrzej Litwińczuk, Jan R. oszukiwał swoich pracowników, a tych, którzy próbowali oszukać jego albo chcieli wycofać się z interesu, dyscyplinował. Miał od tego swoich żołnierzy m.in. Marcina K., Marcina G. i Dariusza L. z Elbląga. To oni - zdaniem prokuratury - wybijali takie pomysły pracownikom „Kulawego” - młotem, metalową rurką, kijem bejsbolowym. Mieli również rozprawić się z Jerzym i Stanisławem ze Szczecina. Mężczyznami, z którymi Jan R. prowadził interesy, a których podejrzewał o kradzież towaru.
- To urojona sytuacja, bo to Jan R. był im winien blisko 100 tys. euro – twierdził prokurator Andrzej Litwińczuk.
Zdaniem oskarżenia, mężczyźni zostali zamordowani. Ich ciał do dziś nie odnaleziono, choć minęło już 14 lat. Proces był więc poszlakowy. Jednak Prokuratura Apelacyjna w Białymstoku stoi na stanowisku, że to Jan R. kierował tą akcją, a wykonawcami byli jego ludzie.
Prokuratura domaga się uznania za winnych wszystkich dziewięciu oskarżonych (postawiono im kilkanaście zarzutów). Kary najsurowszej - dożywocia - za zabójstwo dwóch mężczyzn ze Szczecina chce dla Jana R. oraz Marcina K., Marcina G., Radosława H., Dariusza L.. Pozostałym oskarżonym odpowiednio: Zbigniewowi R. - 7 lat pozbawienia wolności, Tomaszowi W. - 9 lat, Leszkowi G. - 6 lat. Jedynie dla Arkadiusza J. prokurator chce kary 1 roku i 6 miesięcy pozbawienia wolności, ale warunkowo zawieszonej.
Obrońca Jana R., adwokat Paweł Łabul, twierdzi z kolei, że jego klient jest niewinny: - Nie ma dowodów jego winy – mówił przed rozprawą.
A Jan R.? W czasie trwania procesu twierdził, że śledztwo zostało spreparowane, a dowody sfabrykowane. Dziś, wyjątkowo, na sali sądowej nie spał i nie chrapał. Za to kierował pod adresem prokuratora obelgi. Sędzia Tomasz Piechowiak był zmuszony kilkakrotnie wypraszać oskarżonego z sali. Jan R. przy pomocy ratowników medycznych wyjeżdżał więc na korytarz (mężczyzna jest sparaliżowany w wyniku wypadku, do jakiego doszło w latach 90. i porusza się na wózku). Po powrocie na salę przypuszczał kolejny atak, wymyślając prokuratorowi w wulgarny sposób.
Jutro kolejny dzień mów końcowych. Głos zabiorą adwokaci.
Najnowsze artykuły w tym dziale
Bądź na bieżąco, zamów newsletter