Od razu uprzedzam: nie czuję się kompetentna, by recenzować film czy pisać psychologiczne wywody. Jak pewnie większość widzów zastanawiałam się, czy to na pewno dobry pomysł na piątkowe popołudnie. Ale — jak zwykł mawiać nasz znajomy — „nie żałuję, że przyszedłem". I ja, ku własnemu zaskoczeniu, wyszłam z kina z poczuciem: good job.
Filmy Smarzowskiego potrafią trafić w moje najciemniejsze, najgłębsze, skorpiońskie zakamarki duszy. Pokazują, że choć naprawdę lubię swój kraj (szczególnie jego przyrodę), to my, ludzie, mamy tu jeszcze bardzo dużo do zrobienia. A pierwszym krokiem jest diagnoza i przyznanie, że problem istnieje.
Nie znam osobiście aż tak skrajnych przypadków jak w filmie, ale „tylko" podbite oko (przez głupie drzwi), przemoc słowną, psychiczną czy ekonomiczną — owszem. I wiem, że wiele z Was też.
Przed seansem młoda dziewczyna sprawdzająca bilety życzyła nam „miłego seansu". Miło nie było. Było trudno. Momentami musiałam przypominać sobie o oddechu i budować emocjonalną „patelnię". Ale dałam radę — i Wy też dacie.
Uważam, że obejrzenie tego filmu powinno być naszym obywatelskim obowiązkiem (PS: sala, jak na Elbląg, dość pełna — w 90proc. kobiety. Panowie, to również film dla Was).
Zobaczcie, jak może wyglądać przemoc za zamkniętymi drzwiami. A jeśli czujecie, że „czas coś z tym zrobić" — albo znacie kogoś, kto tego potrzebuje, ale nie umie poprosić o pomoc — zabierzcie ją lub jego na ten „romantyczny film". Bo większość takich historii zaczyna się przecież od pięknego romansu...
Tu można znaleźć realne wsparcie:
Ośrodek Pomocy dla Osób Pokrzywdzonych Przestępstwem w Elblągu