UWAGA!
[X]lub zarejestruj konto na portElu.
Odwiedziłąm kiedyś znajomego w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym na Dębinkach w Gdańsku. Był po operacji. Pielęgniarka przyniosła obiad: zupa (w której były prawdziwe warzywa), pieczone ziemniaki, zestaw 2 surówek, devolay i pomarańczowy Tymbark do popicia. Pytam: "Co ty sobie jedzenie na telefon zamawiasz?" A on: "Nie, tutaj tak karmią". Jedzenie było serwowane przez firmę cateringową, która w holu głównym miała swoje stoisko, a w zasadzie restaurację. Jedzenie, które kupowali odwiedzający chorych było takie same, jak dla chorych (za darmo). Kolejka chętnych, aby zakupić obiad była baaaardzo długa. Jedzenie restauracyjne i restauracyjnie podane - pyszne, świeże, apetyczne. Na śniadania: jajecznica na boczku, serki wiejskie, jogurty (do wyboru smaki), do wyboru pieczywo (bułki, chleb, razowe, żytnie, pszenne), pożywne sałatki, wędliny i kiełbaski na gorąco. Znajomy przytył w tydzień 2 kilogramy. To nie był szpital - to były wczasy. Dlaczego w niektórych szpitalach może być tak- a w innych karmią cię szarą breją, która nie wiadomo czy jest pulpą ziemniaczaną, kleikiem ryżowym czy rozgotowanym makaronem? Czy taki UCK nie jest finansowany przez NFZ tylko Elona Muska? Tylko pytam...