Wysokie loty pani rzecznik (w żadnym trybie)
Przypomnijmy – pani Pęzioł-Wójtowicz opuściła Elbląg w kwietniu 2017 roku w stopniu majora po kilku latach pracy w sekcji prasowej 16 PDZ. I to był ten łatwiejszy okres w jej życiu. Jako rzecznik prasowy ministra Macierewicza musiała codziennie przywoływać cały swój, wyuczony w szkole oficerskiej w Wrocławiu, kunszt wojskowy, aby odpierać nieprzytomne ataki totalnej opozycji. Te ciągłe i nieuzasadnione pytania o kwalifikacje pewnego pomocnika aptekarskiego na pełnomocnika zarządu w Polskiej Grupie Zbrojeniowej, dopytywanie o helikoptery, które miały być za miesiąc (przecież minister nigdy nie powiedział, który miał na myśli), czy aktualną liczbę wybuchów stwierdzonych z cała pewnością i naukową dokładnością na pokładzie TU-154. To tylko trzy drobne przykłady pytań, którym pani rzecznik musiała codziennie stawić czoła. A tu szef co rusz podrzuca nowe tematy, na które dziennikarze rzucają się jak te hieny. I tłumacz tu takim, że okręt wojenny można faktycznie od Francuzów kupić za dolara, tylko trzeba skorzystać z pośrednictwa Egipcjan. Skoro minister powiedział, to znaczy, że powiedział. Proste?! Dla mnie jak słońce nad Saharą, ale spróbujcie to wytłumaczyć tym szeregowym pismakom, którzy nie mają za grosz szacunku dla szarży pani rzecznik. Jeśli więc ktoś uważa, że marne 13 tysięcy to wygórowana nagroda za tę ciężką harówę, to niech się postawi w roli tej słabej (z definicji) kobiety. Na szczęście minister Macierewicz to ludzkie panisko. Heroiczne wysiłki pani major nie uszły jego uwadze i hojną ręką dorzucił jej na pagony w przeciągu paru miesięcy dwie gwiazdki, tzn. żeby być ścisłym - na każdy pagon. W ten sposób pani Anna została wyrzucona z roboty razem ze swoim szefem (oboje za wybitne zasługi dla umacniania obronności RP) w stopniu pełnego pułkownika.