UWAGA!
[X]Zgłaszanie opinii do moderacji
Dziadek mi opowiadał, że w tej szkole (lata 50-te) było coś takiego jak "publiczny lincz". Gdy ktoś coś poważniejszego nabroił to cała szkoła zbierała się w największej sali i delikwent musiał przed wszystkimi z mikrofonem w ręku przepraszać i obiecywać poprawę. Był też jakiś czas przez wszystkich wytykany palcami i nie podawało mu się ręki. Dzisiaj to oczywiście nie do pomyślenia, ale jak wspominał dziadek perspektywa takiej "kary" skutecznie zniechęcała do rozrabiania i na ogół panował niesamowity porządek. A dzisiaj? Klient, który najwięcej leje innych i dokucza nauczycielom jest uważany za "Macho". Niedawno spotkałem woźnego z mojego byłego liceum, aż ciary mi po plecach przeszły jak opowiadał co dzisiaj się wyrabia.
Bogdan123