UWAGA!
[X]lub zarejestruj konto na portElu.
Z rodzicami spotkałem się w Grabinie, gdzie była stacja kolejowa. Okazało się, że wszyscy szczęśliwie przeżyli. Niemcy postawili warunek: albo iść pod banderowską siekierę, albo na roboty do Reichu. Wiadomo, co wybraliśmy. Najtragiczniejszy los spotkał jednak tych, co zostali. Mój wujek, Ukrainiec, Piotr Lebiediuk, u którego mieszkaliśmy po spaleniu naszego domu, został zamordowany jesienią 1943 roku za odmowę zabicia swojej żony Czeszki. Niedługo przed nadejściem Armii Czerwonej, a więc już w 1944 roku, wymordowano resztę jego rodziny. Przeżył tylko siedmioletni Wołodia, który w czasie napadu otrzymał potężny cios kolbą w głowę, a po odzyskaniu przytomności zobaczył makabryczny widok. Jego matka leżała w kałuży krwi poprzebijana bagnetami, podobnie jak jej córka, która w ostatnim geście wyciągała do mamy rękę. Zwyrodnialcy musieli pastwić się nad ofiarami, gdyż nawet na wyciągniętej dłoni dziewczynki widać było ślad bagnetu przybijającego dłoń do podłogi. Wołodia usłyszał głos najmłodszego brata dobiegający spod pierzyny. Zakrwawiony malec mówił, że jest głodny. Chłopiec znalazł jakąś zupę, ale okazało się, że to, co małemu dawał łyżką do ust, wypływało poniżej z poderżniętego gardła. Niestety malec nie przeżył. Najstarsza córka Lebiediuków leżała około 300 metrów od domu dosłownie posiekana z bliskiej odległości kulami.